GDAŃSK – OSLO – OAKLAND     

Wylot-8 września  Przylot – 8 września 17:00

Bardzo ładnie nam się udało, że wylot mieliśmy z Gdańska liniami Norwegian.  Było tanio i prawie spod domu. Zapakowałam bułeczki i w drogę !!

Przesiadka w Oslo była dość szokująca, bo ceny na lotnisko przeszły całkowicie moje górne granice. Zabrali nam wodę przy transferze, także trzeba było się wykosztować i wydać prawie 30zł na butelkę 0,5 l.  Długo nie mogłam dojść do siebie po takim wydatku. Żałowałam, że nie wzięłam butelki z filtrem, którą kupiłam na wyjazd do Izraela. Posiłek podczas lotu tez był dodatkowo płatny, jakieś 100zł na osobę w jedną stronę. Także przyoszczędziłam na wszystkim, ale na powrót wzięliśmy jedna porcje na dwie osoby. Jak szaleć to szaleć ! Lot minął całkiem szybko. Na pokładzie można było obejrzeć filmy i to sporo nowości. Ja po jednym już spałam. Miejsca dostaliśmy z przydziału, bo wcześniejszy wybór był oczywiście płatny. Siedzieliśmy obok siebie także było ok. 

Po wylądowaniu na lotnisku w Oakland czekała nas odprawa imigracyjna, czyli rozmowa z urzędnikiem. Najpierw jednak trzeba odczekać w kolejce jakąś godzinkę, następnie wypełniamy formularz wizowy na specjalnych stanowiskach z ekranami dotykowymi. Potem dalej do kolejki i podchodzimy razem do oszklonych budek w których czekają urzędnicy. Podajemy im paszport z promesą wizy i kartę podkładową. Dodatkowo kilka krótkich pytań odnośnie przyjazdu, planów i miejsca pobytu. 

I jesteśmy w …. AMERYKA !!!

Lotnisko w Oakland jest małe i trochę oldschoolowe, że tak to ładnie ujmę. Po przylocie chcieliśmy kupić kartę do telefonu, żeby zamówić ubera. Lepiej się opłacał niż jechać metrem. Niestety nie było żadnego sklepiku, ani kiosku, ani małego automatu z kartami… kompletnie nic. Także byliśmy zmuszeni wyjść z lotniska i szukać innego środka transportu. Na przodzie czekały taksówki, prywatne busy, które jechały nie wiadomo gdzie. Kuba znalazł oznaczenie metra, także udaliśmy się w kierunku peronu. Tam stały automaty na bilety na BART – transport publiczny. Skorzystaliśmy z karty debetowej polskiej i wyszło 10 dolarów na osobę. Przy okazji wspomnę, że UBER pokazywał nam jakieś 16 dolarów pod sam hotel. Przejechaliśmy dwa przystanki transportem z lotniska, a potem przesiadka na metro miejskie, którym dojechaliśmy do centrum. Stąd po omacku czyt. Z mapy offiline na telefonie Kuba prowadził nas do hotelu. Nie powiem strome uliczki plus plecak, a Kuba dwa plecaki, dają ostro popalić. Byliśmy zmęczeni po podróży, upoceni i na koniec ten spacer nas dobił. Ale…. Byliśmy w Ameryka !! I nic nie było dla nas straszne !! 

Do hotelu dotarliśmy koło 20 -21. Na skrzyżowaniu grupa starszych chińskich panów grała koncert na metalowych sprzętach ! Stwierdziłam, że to mega sprawa. Chociaż grali … jak się potem okazało pod samym naszym oknem. 

Widok z pokoju w nocy

Hotel opisałam w zakładce noclegi. Nie było to miejsce wysokich lotów, bardziej jak z lekkiego amerykańskiego horroru. Jednak do pokoju nie mam ani jednego zarzutu. Początkowo mieliśmy zarezerwowany na bookingu hotel w Oakland, bo hotele w SF są mega drogie. Ten dosłownie 2-3 dni przed wyjazdem mega staniał i zmieniłam rezerwacje. Jak widać jest to bardzo urokliwe miejsce w chińskiej dzielnicy. Na prawdę polecam gorąco. Wszędzie można na spokojnie dojść na pieszo.

9 WRZEŚNIA – SAN FRANCISCO

Widok z naszego hotelu w dzień

Rano o 8:00 ruszyliśmy w miasto. Była to niedziela i wszystko było pozamykane z rana. Po drodze do dzielnicy finansowej trafiliśmy na piękny widok. 

Budynek Columbus i Transamerica Pyramid w tle. 
Najwyższą ikoną San Francisco jest ten 260 metrowy biały czworoboczny budynek na końcu dzielnicy finansowej: Transamerica Pyramid. Po prawej jest Wieża Kolumba. Znany również jako Sentinel Building, ten miedziano-zielony budynek z płaskorzeźbą został wybudowany w 1907 roku. Z Ciekawostek chciałabym dodać, że w 1906r. miało miejsce  potężne trzęsienie ziemi, które spowodowało ogrom zniszczeń m.in. rozpoczętą budowę tego budynku. Jego umiejscowienie pośród nowoczesnych budynków w dzielnicy finansowej robi spore wrażenie. Stosunkowo mały zielonkawy budynek niczym z Harrego Pottera, a w tle nowoczesne wieżowce. Jak dla mnie jest to budynek z duszą i odrazu wpada w oko.  Jego właścicielem jest American Zoetrope, studio filmowe założone przez George’a Lucas’a i Francisa Forda Coppola. 

Dalej ruszyliśmy w stronę portu, gdzie ulice były pozamykane ze względu na maraton biegaczy.

Widok od strony mola

Niesamowite pagórkowate uliczki SF oraz wagonik tramwaju linowego Cable cars. Jest to ostatni działający na świecie system ręcznie sterowanej kolejki linowej.

Cable cars

Naszym kolejnym punktem była kolejka linowa, która jest znana na całym świecie i nie przesadzę jak powiem, że jest drugim symbolem miasta po Golden Gate. Stwierdziliśmy, że przejedziemy się najdłuższą linią od Union Square w centrum, która prowadzi do Fisherman Wharf. Tak też pomyśleli wszyscy turyści i trzeba było czekać w kolejce jakieś 40min. Kuba zdążył znaleźć aptekę, a ja poszłam po szejka do Maka. Zdecydowanie warto było czekać. Na trasie jest wiele przystanków jednak nie polecam wsiadać po drodze, ponieważ nie ma szans na dopchanie się. Bilet dla jednej osoby wynosi 7 dolarów.  

Strome drogi San Francisco – widok z wagonika
Alcatraz

Ostatni przystanek kolejki przy Fisherman Wharf. Jest to kolejna bardzo turystyczna atrakcja miasta. Bardzo dużo sklepików, gdzie można kupić koszulki, czapeczki, magnesy na lodówkę i nie tylko. Ja bardzo lubię oglądać takie duperele i zawsze Kubę ciągnę po nich. Na pierwszym miejscu są magnesy, które kolekcjonujemy. Tym razem zakupiliśmy bliźniacze t-shirty San Francisco, które potem nosiliśmy jak dwa prawdziwe turysty. 

Główne wejście na pier 39.

Tak to tutaj opalają się lwy morskie i są przezabawne !

Przy wyjściu stoisko z lodami Ben and Jerry !! Mniam Mniam !!  

Takie leżaczkowanie na słońcu to ja rozumiem !! 

Zabawne było to jak walczyły ze sobą i wrzucały się do wody.

Przy molo było bardzo dużo knajpek dla turystów i ceny też miały spore. Przed wyjazdem znalazłam miejsce – Fort Mason Center. Jednak po przybyciu okazało się, że w tym dniu jest nieczynne. Kolejny nasz cel znalazł Kuba i był to The Codmother Fish & Chips. Jedzonko było wyśmienite, szczegółowy opis w zakładce – jedzonko.

Najedzeni i szczęśliwi poszliśmy na kolejną atrakcję SF, czyli Lombard Street – najbardziej kręta droga na świecie. Została ona skonstruowana w ten sposób, aby zmniejszyć nachylenie drogi przy zjeździe. Nikt wtedy nie sądził, że stanie się jednym z głównych punktów turystycznych. Znajduje się w dzielnicy Russian Hill, która swoją nazwę ma po poszukiwaczach złota, którzy znaleźli głazy nagrobkowe pokryte cyrylicą. Jest to bogata dzielnica z pięknymi kamienicami i ogrodami. 

Kolejnym naszym punktem był Golden Gate Bridge na który udało nam się złapać ubera / lifta za 8 dolarów. Taniej niż komunikacja miejsca. 

Nawet mnich (buddyjski mnich w stroju kaszaja) musi mieć z nim selfi ! Pewnie mówi w klasztorze, że tylko się modli i nawet nie wie co to internet, a telefon to zło. 

Teraz my jak to na prawdziwych turystów przystało z koszulkach SF na moście !! Przeszliśmy do  połowy i spowrotem. Pogoda nam sprzyjała, bo zazwyczaj jest bardzo mgliście. Słońce świeciło i było pięknie ! Trzeba mieć czapkę, bo mocno wieje.  Most został wybudowany w 1937 roku w stylu art deco i został pomalowany na kolor „międzynarodowego pomarańczu” miało to na celu dobrą jego widoczność. Wcale nie złoty jak brzmi nazwa ani nie czerwony jak zawsze sądziłam. Jest on też znany z najliczniejszych samobójstw. Co krok można spotkać na nim ostrzeżenia, budki telefoniczne, a na środku mostu nawet okratowane ściany, które uniemożliwiają przejście. 

Po zejściu z mostu poszliśmy odpocząć w parku obok, gdzie stały ławki i stoliki drewniane.   

Widok nieziemski. Było bardzo romantycznie i pewnej chwili byliśmy tam nawet sami ! Także tylko my, wino, golden bridge i …. Nieoczekiwany (no może i oczekiwany) pierścionek zaręczynowy.

Prawda, że piękny !! Kuba sam wybierał …. On to ma lepszy gust ode mnie. Sama bym pewnie takiego cudnego nie znalazła. Ach ach ach … jest co wspominać. Lepiej sobie nie mogłam wymarzyć. 

Z Golden Gate idąc od strony zachodzącego słońca złapaliśmy ubera za 5 dolarów do hotelu. Na wieczór kupiliśmy sobie pizze w Nizario’s pizza za 19dolka. Pizza była tak wypasiona dodatkami, że we dwójkę nie daliśmy rady jej zjeść i zostało jeszcze. W pokoju mieliśmy lodówkę i mikrofale także jedzonko się nie zmarnowało. 

10 WRZEŚNIA – SAN FRANCISCO

Wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy w dalszą drogę. No może przesadzam z tym świtem, ale 8-9 rano na pewno już była. Spakowaliśmy się i poszliśmy na śniadanko. Po drodze zatrzymaliśmy w kawiarni na kawę i ciacho na Columbus ave. Kawa w Stanach jest z ekspresu przelewowego, nawet w Starbucksie. Nie można powiedzieć, że jest zła. W sumie to nawet smaczna. Jednak jak ktoś woli mocne espresso to będzie miał problem. 

Po porannej kawie ruszyliśmy w strony wypożyczalni po nasze autko. Byliśmy godzinę wcześniej, ale stanęłam w kolejce i sądziłam, że bez problemu wydadzą nam autko. Okazało się, że były przed nami 4 pary umówiony co 20 minut. Większy ruch niż w żabce w niedzielę. Musieliśmy usiąść i czekać na swoją kolej, inaczej byśmy musieli dopłacić. Rezerwacje zrobiłam wcześniej w Polsce w wyszukiwarce rentalcars.com i wyszło nas nieco ponad 1 000 zł za Nissana Versa z wypożyczalni Alamo w centrum. W Stanach trzeba mieć koniecznie kartę kredytową, bo na debetową nie wypożyczy się auta.  

Nasze autko :>

W międzyczasie Kuba znalazł w internecie piękne wiktoriańskie kamienice Painted Ladies, które zagrały w ramówce Pełnej Chaty i bardzo chciałam je zobaczyć !! 

Naszym ostatnim przystankiem był Golden Gate Park. Jest to urokliwe miejsce z bardzo dużą ilością kwiatów. 

Bye Bye San Francisco …..

po polskiemu Do widzenia ! Albo do zobaczenia !

Miasto jest niesamowite, na pewno klasyfikuje się w pierwszej piątce w moim osobistym rankingu. Zdecydowanie nie jest to miasto na raz i z miłą chęcią tu wrócę.

Jednak trzeba się pożegnać, bo czeka nas długa droga. Wyjechaliśmy mostem Golden Gate co było dodatkową atrakcją. Przy wyjeździe z miasta nie ponosimy opłaty, jednak przy wjeździe do miasta mostem trzeba zapłacić kwotę 7,75 dolarów. Opłatę najlepiej uiścić na stronie  https://www.bayareafastrak.org/vector/account/home/accountLogin.do  z wyprzedzeniem albo w ciągu 48h. Jest to bardzo sprytny system elektroniczny, który sczytuje dane z tablicy rejestracyjnej i wysyła opłatę do właściciela. Jeśli jest to auto z wypożyczalni to niedość, że dostaje się kare to opłata i tak zostaje policzona i ściągnięta z karty kredytowej.  

Do Oakland wjechaliśmy przez Richmond–San Rafael Bridge, który z daleka wygląda jak kolejka górska w wesołym miasteczku. 

Richmond–San Rafael Bridge

Kuba znalazł centrum handlowe z ciuszkami w Oakland i ja chciałam jechać do Walmartu ! Także odwiedziliśmy jeszcze Oakland i domki jak z serialu amerykańskiego tzw. Domki z kartonu :p Były bardzo urokliwe, nie wiem czemu ale poczułam się jak na planie serialu. Wyszłam nawet z auta porobić zdjęcia. Pewnie pomyśleli, że jakaś nawiedzona baba. Lata po osiedlu z aparatem. Dobrze, że policji nie wezwali ! 

Domki na zwykłym osiedlu w Oakland. Było nawet autko jak wyrwane z filmu z Griswoldami.

Kolejnym przystankiem był Walmart – sieć sklepów  spożywczych i stosunkowo tani. 

Tutaj zrobiliśmy zakupy śniadaniowo – alkoholowe. Kupiliśmy płatki śniadaniowe, mleko, chleb tostowy, dżem i masło orzechowe. Śniadania były dosyć monotonne, ale przynajmniej zaoszczędziliśmy na tym pare dolców. Starczyło nam na 5 śniadań, czyli to była dobra inwestycja. Hotele w USA są zazwyczaj bez śniadań, te tańsze oczywiście. Do tego batoniki, ciasteczka, kawa mrożona i piwo. Można je nazwać eksplozją węglowodanów, czyli jak na prawdziwego Amerykanina przystało. Myślę, że szybko byśmy nadrobimy stracone kilogramy. Szersza relacja w innym poście … o jedzonku.

W drodze do naszego noclegu koło parku Yosemite wpadliśmy na przydrożny opuszczony bar i wieeeeelkii kaktus.  

Ałć …. Jednak kłuje  

Kuba znalazł furki do odnowienia :>

Niby auta z lat 80-tych stały …. a w środku nikogo nie było. Podejrzana sprawa.

Piękne widoki !!!

Parki Narodowe – Yosemite i Sekwoi to nasz cel na jutro !

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *