13 WRZEŚNIA – HOLLYWOOD 

Do LA dojechaliśmy późnym wieczorem, także wypakowaliśmy się i poszliśmy na szybkie rozeznanie w terenie. Nasz hotel znajdował się w dzielnicy Tajskiej i był blisko Griffith Observatory. Dlatego z samego rana po wypiciu kawy z hotelu, która była darmowa i smakowała tragicznie. 

GRIFFITH OBSERVATORY 

Wsiedliśmy w naszego amerykańskiego rumaka i pojechaliśmy. Na parkingu nie było żywej duszy oprócz dwóch ochroniarzy, którzy nas cofnęli i nie pozwoli wjechać na górny parking. Nie wiedząc jak daleko trzeba iść pod górkę zostawiliśmy auto na dole. Widok był przepiękny, niebo bezchmurne, a słońce zaczynało świecić pełnią swojego blasku …. 

Napis Hollywood w oddali …..  

… i z bliska 

BEL  AIR 

Naszym kolejnym punktem było zobaczenie na żywo Willi w Hollywood, które tak często widzi się w telewizji. Udaliśmy się w tym celu do dzielnicy Bel Air, gdzie bez problemu można wjechać i …. tyle. Jest to bardzo wąska droga wśród wysokich ogrodzeń, zza których nie widać praktycznie nic. No ale czego ja oczekiwałam, że Will Smith zaprosi mnie odrazu na kawę do swojego ogrodu ? Może i tak :p Udało nam się jednak cyknąć kilka fotek ciekawym okazom.  

Większość domów jest usytuowana na zboczach skał. Nie wiem jak to konstruowali i budowali, ale jest to niesamowite i robi duże wrażenie.  

Willa w Bel Air

VENICE BEACH  I SANTA MONICA

Promienie słońca, złoty piasek, piękne kobiety w kusych strojach i muskularni mężczyźni z brązowa opalenizną … nie zapomnijmy o modelowych ratownikach. Scena niczym z serialu „Słoneczny patrol”, jednak nie spotkaliśmy ani Pameli Anderson ani Davida Hasselhoff’a. Inni przebywający tam plażowicze też ich nie przypominali, więcej było bezdomnych młodych ludzi zawiniętych w koce albo ukrytych w swoich pseudo namiotach.  Ocean Front Walk, czyli deptak przy plaży w Venice dopiero rozkładał swoje stragany. Wszyscy niemrawi jakby dopiero budzili się po całonocnej imprezie. Podobno hipisów już niema, jednak jakaś niewielka grupa się ostała i tam ma swoją ostoję. Ludzie jak nie z tej epoki, sprzedają jakieś hand made – maski, obrazy, ubrania. Często śpiewają, tańczą, mówią do siebie. Z jednej strony jest to dziwne, a z drugiej intrygujące.  

Ocean Front Walk w godzinach przedpołudniowych.

 Koszulek i magnesów na lodówkę pod dostatkiem

Przepraszam … jeden umięśniony i opalony mężczyzna ostał się na plaży 🙂 W tle Muscle Beach – siłownia na których ćwiczył Arnold Schwarzenegger. 

W Stanach widziałam wiele starych VW ogórków, a to przecież europejski samochód. Są one podobno pozostałością po czasach flower power.

Santa Monica pier z historyczną karuzelą z 1911 roku

Wejście na molo Santa Monica

W sklepiku na molo spotkaliśmy tablice z banknotami i na środku był przyczepiony PLN. Dodam,  że to nie my go tam umieściliśmy.

Santa Monica to ostatni przystanek historycznej drogi matki, czyli route 66. Dlatego na każdym kroku sprzedawane są tu pamiątki z logiem drogi. 

Kuba załapał się na fotkę na ławce Foresta.  

Na pewno każdy pamięta kadr z filmu. 

źródło: kultura.onet.pl

Dosyć tego spacerowania ! Czas wygrzać tyłki na kalifornijskim słońcu, popływać wśród mącących fal oceanu i …. Porobić kilka pozowanych fotek niczym Pamela i David :>

Zaskakujący Znak- wejście vip tylko dla pączków ?!

BEVERLY HILLS

Będąc w LA nie można zapomnieć o jednej z najbogatszych dzielnic, czyli Beverly Hills. W tej okolicy dostatek i przepych od razu rzuca się w oczy. Równiutko przycięte trawniki, rzędy idealnych palm, egzotyczna roślinność, kwiaty i luksusowe samochody przed każdym domem. W tym wszystkim MY niczym jak ze sceny Bad Boys II jedziemy wolniutko pośród palm naszym sportowym autem, który mieni się blaskiem w promieniach hollywodzkiego słońca… Może się trochę zagalopowałam, ale tak to właśnie zapamiętałam 🙂

Tutaj znajduje się również Rodeo Drive, ulica na której są Domy Mody najbardziej znanych Marek. My po godzinnym staniu w korkach mieliśmy już dosyć i zabrakło nam chęci na to miejsce. Także odpuściliśmy sobie zakupy u Gucciego czy Chanel. 

HOLLYWOOD  BOULEVARD

LA jest zdecydowanie najbardziej zakorkowanym miastem ever. Jak chce się przejechać z jednego miejsca do drugiego trzeba uzbroić się w mega cierpliwość. Wjechaliśmy w dzielnice Hollywood aby zobaczyć m.in. Graumanns Chinese Theatre oraz Walk of Fame, czyli Aleja Gwiazd, która aktualnie liczy już ponad 2,5 tyś gwiazd na długości 2 km i to po obu stronach ulicy na dwóch chodnikach. Początek wygląda dosyć smutnie, nieznane gwizdy na brudnym chodniku wśród koczujących bezdomnych. Im bliżej Roosevelt Hotel tym gwiazdy bardziej znane, a ich blask większy. Przy okazji chciałabym napomknąć, że to właśnie w Hotelu Roosevelta wręczono pierwsze nagrody Akademii Filmowej nazwane później Oskarami !! W pobliskich sklepikach z upominkami można kupić sobie oskara z dopiskiem np. Najlepszy Brat czy też Najlepszy Fryzjer 🙂 Nie dodałam, że w centrum na spokojnie można zaparkować w centrum za 8-10 dolarów/dzień. My wybraliśmy się na pieszo, także 8 dolka w kieszeni i gratis cardio !

Graumanns Chinese Theatre

Graumanns Chinese Theatre – przed wejściem możemy ujrzeć odciski dłoni znanych gwiazd filmowych.

Wieczorem wybraliśmy się ponownie na znaną ulice Hollywood. Zaczęliśmy od małej rozgrzewki w barze i ruszyliśmy w miasto.  

Ja z moim szczęściem … Kuba też był na przeciwko siedział z równie dużym kuflem piwa i równie szczerze się do niego uśmiechał. Margarita wyglądała zacnie, może nie była najlepszym drinkiem jaki piłam, bo do drinków z wiaderka w Bangkoku było jej daleeeekooo. Na pewno była jednym z większych drinków i na pewno najdroższym !! Kosztowała 16 dolka, a Kuby piwo 10 dolka. Także szaleństwo alkoholowe wyjazdu  padło właśnie na ten Pub. Był to zdecydowanie amerykański pub, w którym wisiało pełno telewizorów i na każdym leciało co innego. Na jednym mecz baseball-u, na drugim footbooll, na kolejnym golf ! Pełno hokerów na których siedziało mnóstwo facetów w strojach kibiców.

Na tym ciemnych zdjęciu można dopatrzeć się sporej ilości telewizorów.

Ja spotkałam gwiazdy moich  idoli !!

Jak dla mnie wieczorem w świetle świateł ulica ta nabiera blasku, czuć klimat sławy i wielkiego świata. Przed wyjazdem czytałam sporo zapisków innych osób, które głównie pisały o smrodzie i marniźnie tego miasta. Napotkałam się ze stwierdzeniem, że Walk of Fame to Walk of Shame. Moim zdaniem miejsce to ma swoją historie, którą warto poznać  i pewien urok. Dla niektórych miasto to jest szczytem marzeń. Przyjeżdżają tu z wielkimi marzeniami o sławie, jednak małej garstce się udaję. Na obrzeżach miasta widać wielu młodych bezdomnych ludzi, którzy gdzie nie gdzie nawet śpią w śpiworach na ulicy. To w dużej mierze określa to miasto i wywołuje u wielu złe nastawienie do niego.  

Tym akcentem żegnamy się z Aleją Sław i ruszamy na dalszy podbój Hollywood ! 

14 WRZEŚNIA – UNIVERSAL STUDIO 

Lecimy z kolejnym dniem i lecimy do Universal. Jest to dosyć kosztowna zabawa, bo około 80 dolarów na osobę i to jak zamówimy bilety ze sporym wyprzedzeniem. Dodatkowo na miejscu skroją nas 20 dolarów za parking i to najdalszy. Ja tam lubię się przejść także te kilkaset metrów nie robi różnicy. Można sobie stanąć pod samym wejściem za 50 dolarów, kto bogatemu zabroni ?! Cena biletu jest warta każdego dolara, który zapłaciliśmy. Bawiłam się nieziemsko, także polecam jak najbardziej. Na szczęście nie było tłumów i do każdej atrakcji czekaliśmy nie dłużej jak 20 minut! Najpierw udaliśmy się na ulicę pokątną, gdzie Harry Potter kupił swoją pierwszą różdżke !! Był „Naturalnej” wielkości zamek Hogwartu i brukowane uliczki Hogsmeade dopracowano w 100%. Można napić się kremowego piwa, spróbować fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, kupić różdżkę u Ollivander’a albo szatę do Hogwartu, wysłać przesyłkę sowią pocztą… Po prostu poczuć się jak Harry, Ron, Hermiona, Draco i spółka. Może i nie jestem największą fanką Harrego, ale mega mi się podobało. Szczególnie po wirtualnym przelocie na miotłach (w rzeczywistości fotelach) z Harrym. Czuć było wiatr we włosach, pryskającą wodę i dreszczyk emocji. Wszytko to powodowały trzy wielkie ekrany i ruszające się fotele. Woooow ! Nawet Kubie się dopobało, choć się do tego nie przyzna.

https://youtu.be/mWJfIqqL3cU.  Filmik z wizyty w Hogwartcie  

Ulica Pokątna z filmu o Harrym Potterze
Hedwiga sowa Harrego i .. jakieś białe ptaszysko ;p

Następnie odwiedziliśmy rodzine Simpsonów, Minionki, Transformersy, Kung fu pandę i zakończyliśmy przejażdżką słynnymi wagonikami po planach filmowych. W wagonikach na ekranach wyświetlają się filmy, który były nagrywane w danych miejscach. Przejeżdżaliśmy  obok aut z Szybkich i wściekłych i przez plan serialu The good place. Braliśmy udział w katastrofie w metrze w serialu Bones. Niesamowite przeżycie dla dorosłej osoby, co dopiero dla dzieci !!  

Nasz przewodnik w wagonikach. Mega pozytywny gościu ! 

Ooooo Minionek !!  

I pączek w trasie :p 

Universal na pożegnanie 

Na koniec dzisiejszego dnia wymyśliłam, że super byłoby zobaczyć Malibu. Z tej ekscytacji całkiem zapomniałam, że miasto to jest mega zakorkowane i dojazd gdziekolwiek trwa wieki ! Przed nami jeszcze podróż do San Diego….. No właśnie zapomniałam o tym !

Także Kuba zabrał nie do Malibu. Była to trasa przeciwległa niż nasz dzisiejszy kierunek podróży także trzeba było zawrócić. Najpierw trafiliśmy na prywatną plaże przy jakimś resorcie. Płatny parking, płatne wejście, nie powiem zniechęciło mnie to. Potem wylukałam wejście, ale okazało się, że to czyjaś willa i  nie można parkować. Biednemu to zawsze wiatr w oczy. Wreszcie udało się trafić na dziką plaże z wejściem od głównej drogi. Można było stanąć przy samej drodze i dosłownie sturlać się do wody. Słońce już zachodziło, mieniło się w wodzie …. Czadzik.

Nasze autko … widać kawałek niebieskiego bagażnika :p

Wyjazd z miasta był żmudny i męczący. Prawie wyszliśmy z siebie, trwało to dobre 2 godziny, a przed nami jeszcze długa – 3 godziny jazdy przy dobrych wiatrach. Po drodze oczywiście zgłodnieliśmy, a ja nie zjem w niesprawdzonej knajpie. Także tripadvisor i szukamy. Nie wiem czy to jakiś anioł stróż od jedzenie mnie poprowadził ale znalazłam najlepsza meksykańską knajpę ever oczywiście w bardzo przystępnej cenie – The Taco Stand. No i oczywiście … po drugiej stronie miasta, które uważałam za małe. Uwierzcie mi na słowo albo możecie to sprawdzić, ale San Diego jest drugim co do wielkości miastem w Kalifornii. Zaraz po LA ! No kto by pomyślał ! Jechaliśmy i jechaliśmy, Kuba to już myślał, że prędzej chce sprzedać jego nerkę niż zawieźć na jedzonko. Szerszy opis knajpki w osobnym wpisie. 

San Diego – kolejny cel podróży

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *